Menu główne

Jack Nicolson jest związkowcem. Ronald Reagan był związkowcem... Polecamy artykuł w najnowszym numerze WPROST na temat uzwiązkowienia w Hollywood

 

 

FABRYKA SNÓW I STRAJKÓW

 

Martin Scorsese pogania ekipę kręcącą "Shutter Island" z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Robota pali się w rękach Peterowi Jacksonowi, który kręci "The Lovely Bones" z Rachel Weisz i Susan Sarandon. Śpieszy się Steven Soderbergh, który pracuje nad "The Infonnant" z Mattem Damonem. Wszyscy chcą ukończyć filmy przed zapowiadanym strajkiem aktorów. Ridley Scott już skapitulował i przesunął termin ukończenia nowej ekranizacji historii Robin Hooda z Russellem Crowe'em. Wielkie wytwórnie przygotowały listę 300 filmów priorytetowych, które trzeba nakręcić jak najszybciej, póki jeszcze ma kto w nich grać.
15 sierpnia to termin ultimatum, który największemu związkowi zawodowemu aktorów wyznaczyło największe zrzeszenie producentów filmowych i telewizyjnych. I Jeśli aktorzy nie zaakceptują wysokości proponowanych podwyżek i wciąż będą żądali więcej, dalszych negocjacji nie będzie. Strajk aktorów byłby dewastujący dla gospodarki Kalifornii - uważa gubernator tego stanu Arnold Schwarzenegger, który chce mediować między swymi kolegami aktorami i wytwórniami. Ale fabryka snów przeżyła już niejeden taki kryzys. Paradoksalnie, w słynnej dzielnicy Los Angeles, która jest symbolem Ameryki i ekspansywnego kapitalizmu, na metr kwadratowy przypada tylu związkowców, że umowy zbiorowe czy strajki stały się nieodłączną częścią filmowego biznesu.

MIĘKKI HANKS, TWARDY NICHOLSON
W tym wszystkim chodzi o pieniądze. Gdy dawno temu aktorzy negocjowali z wytwórniami filmowymi minimalne stawki gaży czy udział w zyskach z dystrybucji filmów, ich prawnicy nie przewidzieli rewolucji technologicznej. Dziś koncerny medialne zarabiają ogromne pieniądze na sprzedaży filmów w formacie DVD (od niedawna także blu-ray) i w Internecie, ale gwiazdy tych filmów niewiele z tego mają.
Screen Actors Guild (SAG), największy w Hollywood aktorski związek zawodowy liczący 120-140 tys. członków, wykorzystuje fakt, że 30 czerwca wygasły wcześniejsze porozumienia wynegocjowane z wytwórniami, i domaga się ustalenia nowych warunków płacowych oraz korzystniejszego dla aktorów podziału zysków z dystrybucji filmów. Postulaty te opiewają na 900 mln USD podwyżek rocznie. Koalicja pracodawców Alliance of Motion Picture and Television Producers (AMPTP) godzi się na pakiet wart 250 mln USD.
To sojusz takich gigantów jak Walt Disney, Sony Pictures Entertainment, Metro-Goldwyn-Mayer (MGM), Paramount Pictures, 20th Century Fox, Universal Studios, Warner Bros i kilkuset mniejszych. Na swej stronie internetowej AMPTP uruchomiła licznik, który pokazuje, jak w każdej sekundzie rosną straty aktorów nieprzyjmujących tej oferty (nabił już prawie 7 mln USD).
Niektóre gwiazdy Hollywood, m.in. Tom Hanks, Susan Sarandon czy Robert De Niro, miękną i namawiają do przyjęcia propozycji pracodawców. Ale duża grupa na czele z Jackiem Nicolsonem, Benem Stillerem i Viggo Mortensenem popiera twardą linię i grozi strajkiem. Zarzucają szefom wytwórni, że mydlą oczy recesją, a rok temu ich koncerny zarobiły netto 4 mld USD, a oni sami pobierają ogromne pensje (na przykład szef Walt Disney Robert Iger w 2007 r. zarobił 27,7 mln USD).

BIEDNY JAK AKTOR
Na pierwszej linii frontu w wojnach z wytwórniami walczą zwykle najsłynniejsi kinowi i telewizyjni celebryci, sami świetnie zarabiający. Może dlatego konflikty te wyglądają jak zabawy znudzonych milionerów. Ale za ich plecami tłoczą się nieporównanie większe armie filmowych wyrobników, dla których to niemal walka o byt. Rzeczywistość ma się bowiem nijak do społecznych wyobrażeń o nieprzyzwoicie zbytkownym życiu Hollywood.
Wśród członków SAG mniej niż 0,5 proc. stanowią aktorzy zarabiający ponad milion dolarów rocznie (czyli jest ich około 500). Około 2,2 proc. zarabia co najmniej 200 tys. USD; 1,6 proc. - od 100 tys. USD do 199 tys. USD; 2,4 proc. - od 50 tys. USD do 99 tys. USD. Choć trudno w to uwierzyć, aż 72 proc. należących do tego związku aktorów zarabia 1-5 tys. USD rocznie (mniej niż stróż nocny w Polsce). To nieznane nikomu twarze, przemykające przez ekran gdzieś na trzecim planie, głosy recytujące kilka zdań w tle. Jeśli uwzględnić dość wysokie koszty życia w Los Angeles, aktorzy należą do najgorzej zarabiających osób w Stanach Zjednoczonych. Według "The Los Angeles Times", w latach 2001-2007 przeciętne roczne zarobki średniej klasy aktorów spadły z 61 394 USD do 52 420 USD. Więcej, bo około 80 tys. USD rocznie, zarabiają choćby robotnicy w rafinerii koncernu naftowego Chevron w El Segundo niedaleko Hollywood.
Aktor Kevin McBride mieszka w San Francisco. W miarę potrzeb dojeżdża do Hollywood. - Myślałem, że zarobiłem w ubiegłym roku 15 tys. USD. Gdy jednak odjąłem koszty podróży i inne wydatki, pozostało mi 8 tys. USD. Żeby się utrzymać, muszę pracować też jako kelner w restauracji, gdzie moje zdolności aktorskie pomagają zdobyć większe napiwki - mówi McBride. Inny aktor, Dan (nie chce ujawniać nazwiska), również narzeka. - Dawniej można było wywalczyć stawki powyżej minimum wynegocjowanego przez SAG. Teraz to niemożliwe. Płacę podatki, potem oddaję 10 proc. mojemu agentowi i 15 proc. mojemu menedżerowi. Zostaje mi około 45 proc. zarobionych pieniędzy. A obecne minimum na przykład za rolę mówioną wynosi 759 USD za dzień albo 2634 USD za tydzień (5 dni). I to jeśli mam szczęście i pracuję cały tydzień. Nierzadko w miesiącu zdarza się tylko jeden taki tydzień.

ZWIĄZEK NA ZWIĄZKU
Groźba strajku aktorów pojawiła się, zanim Hollywood wyleczyło rany po studniowym strajku (od listopada do lutego) 12 tys. scenarzystów filmowych, telewizyjnych i radiowych, zrzeszonych w związku zawodowym Writers Guild of America (WGA). Scenarzyści pikietowali w Los Angeles i Nowym Jorku, a w tym czasie wytwórnie filmowe i stacje telewizyjne zwalniały tysiące pracowników obsługi pozostawionych bez zajęcia i szukały zdolnych ludzi, którzy napisaliby scenariusze choć kilku odcinków popularnych telewizyjnych programów czy seriali. - Straty producentów z powodu tego strajku szacuje się nawet na 2 mld USD - mówi „Wprost" Nina Tassler, prezes CBS Entertainment, spółki produkcyjnej jednej z największych telewizji w Ameryce.
Związków zawodowych jest w Hollywood bez liku. Amerykańskie prawo stanowi, że jeśli ponad 50 proc. pracowników firmy zagłosuje za przynależnością do związku, wtedy niemal wszyscy jej pracownicy muszą do tego związku przystąpić i płacić składki. O ile od lat 50. liczba związkowców w USA regularnie spada (obecnie do związków należy średnio 12 proc. pracowników, a w sektorze prywatnym - 7 proc.), o tyle w Hollywood, znanym bastionie lewicy, ich nie ubywa. Swoje "gildie" mają wszyscy, od osób ustawiających elementy scenografii poczynając (niechby niezwiązkowiec przestawił tylko krzesło, zaczynają się awantury). Ponad l00 tys. grafików, edytorów, operatorów kamer czy dźwiękowców ma własny związek IATSE (International Alliance of Theatrical Stage Employees and Moving Picture Machine Operators), który z kolei tworzy kilkanaście mniejszych.
Powstały w 1933 r. SAG to najpotężniejsza tego rodzaju organizacja w Los Angeles. Jest ona członkiem dużej ogólnokrajowej centrali związkowej AFL-CIO. Ocenia się, aż ponad 80 proc. aktorów należy do SAG. To znacznie więcej niż platforma walki z pracodawcami (o minimalne stawki gaży, czas i warunki pracy, pokrycie kosztów podróży, udział w zyskach z dystrybucji filmów i gadżetów itp.). To również wpływowa organizacja lobbingowa, towarzyski klub pomagający w karierze i spore biznesowe przedsięwzięcie. Każdy nowy członek SAG płaci aż 2277 USD wpisowego, a potem regularne składki (maksymalnie 6566 USD rocznie w wypadku najlepiej zarabiąjących aktorów). I jest to również siła polityczna. W Hollywood sympatycy prawicy, jak Clint Eastwood, Mel Gibson, Bruce Willis, Chuck Norris czy producent David Zucker należą do wyjątków. Za to chętnych do otwartego popierania lewicy, jak choćby dziś kandydatury Baracka Obamy na prezydenta, nigdy nie brakuje.

DZIEL I RZĄDŹ
Aktor i późniejszy prezydent USA Ronald Reagan w autobiografii "An American Life" opisał, jak zmieniał się jego stosunek do SAG. Kiedy przybył do Hollywood i rozpoczął karierę, poproszono go, by zapisał się do związku i płacił składki. Jako twardy republikanin uznał, że to godzi w jego wolność, i odmówił. Gdy jednak, jak twierdzi, zorientował się, jak wytwórnie filmowe eksploatują ludzi, zmienił zdanie. Dwukrotnie był nawet prezesem SAG.
Studia filmowe i telewizyjne walczą ze związkami, stosując starą metodę "dziel i rządź". Dziś problemem władz SAG jest brak powszechnej zgody na strajk wśród aktorów (co najmniej 75 proc. członków związku musi się na to zgodzić), z których część już "rozmiękczono". Pozycja negocjacyjna SAG została też osłabiona przez fakt dogadania się AMPTP z konkurencyjną gildią aktorską - American Federation of Television and Radio Artists (AFTRA). Ma ona 70 tys. członków, z których połowa należy jednocześnie do SAG. Niedawno uzgodniła ona z pracodawcami wzrost minimalnych zarobków dla aktorów o 3,5 proc., i podwyżkę składek na fundusze zdrowotne i emerytalne o 1,5 proc. Zrezygnowała jednak z głównego postulatu – wzrostu udziału aktorów w zyskach z filmów na DVD i w Internecie.
Wiele wskazuje na to, że SAG również nie zorganizuje tym razem strajku i pójdzie na ustępstwa. Na wszelki wypadek studia pracują jednak pełną parą, aby skończyć wcześniej takie filmy jak "High School Musical 3", "G.I. Joe" czy „When in Rome". Na przeciążenie pracą narzeka Daniel Craig, bo przyspieszono też pracę nad kolejną częścią przygód Jamesa Bonda, którego ponownie zagra.


Autor: Ludwik M. Bednarz, Współpracownik działu Biznes - Ludzie - Pieniądze z San Francisco
Źródło: WPROST nr 32 (1337), 10 sierpnia 2008 r.


 

 


2008-08-06

powrót do listy aktualności

wszystkie aktualności