Menu główne

Andrzej Smosarski, za: www.robotnik.prv.pl

Wprostactwo

Jeden z największych tygodników w Polsce tym zaskarbił sobie szacunek ćwierćinteligentów, że daje im wykładnię świata prostą jak budowa cepa

Trzynasty rok kapitalizmu w Polsce to prawdziwie pechowy czas dla wszystkich tych, co ukochali wolny rynek miłością prawdziwą - z każdym dniem ubywa rodaków wierzących święcie, iż kraj nasz niby rozpędzona lokomotywa mknie ku świetlanej przyszłości, a przybywa malkontentów powątpiewających, że to tylko „przejściowe trudności”. Nic więc dziwnego, że i tzw. wolne media, które przez lata przekazywały nam radosny obraz gospodarczego rozkwitu, zmieniły ton na raczej minorowy, a od czasu do czasu nawet pozwalają sobie na krytyczny stosunek do neoliberalizmu - rzecz jasna operując przykładami z Ameryki Łacińskiej albo Czarnego Lądu, aby nie urazić żadnej ważnej persony. Liberalna „Gazeta Wyborcza” i bardziej konserwatywna „Rzeczpospolita” popadły wręcz w asekuranctwo - pośród radosnych strof o wolnym rynku coraz częściej spotkać można przemycane cichaczem teksty uciekiniera z międzynarodowych instytucji finansowych i noblisty Josepha Stiglitza, którego niektóre poglądy zadziwiająco przypominają obserwacje poczynione przez Andrzeja Leppera, tyle tylko, że utrzymane są w mniej bazarowej poetyce. Rozpowszechniona korupcja w wielkich spółkach giełdowych w USA czy brzmiące jak monolog wariata zapewnienia Busha, o tym, jakie zagrożenie dla jego kraju stanowi Irak, utrudniają lansowanie „american dream” jako wzorca ponętnego dla czytelników. Coraz więcej też reportaży - choć jak na razie pozbawionych komentarza - z życia krajowych bezrobotnych, bezdomnych i innych eliminowanych z życia społecznego ludzi, na myśl o których jeszcze kilkanaście miesięcy temu przeciętny polski dziennikarz spluwał z pogardą, preferując opisy bliższe światu Henryki Bochniarz czy Czarka Goliszewskiego.
Na pierwszej linii
W tej trudnej sytuacji całkowicie wierni systemowi pozostali tylko ci najbardziej sprawdzeni propagandziści, doświadczeni politrucy, co to nie z jednego pieca chleb jedli, ale potrafią też trwać przy swoim, nawet, kiedy ich opis świata zaczyna różnić się od rzeczywistości tak mocno, że kłuje to w oczy. Cóż, jeśli fakty są inne niż pozwala na to oficjalna wykładnia, tym gorzej dla faktów - trzeba je zinterpretować bardziej poprawnie, właściwie i wytłumaczyć czytelnikom, że od teraz żyjemy w nowej rzeczywistości, gdzie dawne kryteria są bez znaczenia. Absolutnymi arcymistrzami w tym trudnym fachu są bez wątpienia dziennikarze tygodnika „Wprost”, w niektórych kręgach zwanego - przyznajmy, że złośliwie - „Wprostactwem”. W ciężkich czasach, gdy łajba zwana Polską wyraźnie tonie, a wczorajsi kapitanowie tchórzliwie uciekają od odpowiedzialności, redaktorzy „Wprost” trwają na posterunku.
Sądzicie, że bezrobocie, to jakiś wielki problem społeczny? Och ty głupawa, niedouczona, czytelnicza tłuszczo, cóż byś poczęła, gdyby nie redaktorzy „Wprost”, którzy niosą ci kaganek oświaty? Trzeba cieszyć się z tego, co mamy, bowiem dzisiejsza armia bezrobotnych to zjawisko pozytywne, które oznacza, że mamy wreszcie upragnioną "dekomunizację rynku pracy”! Wiadomo, jak nie ma tych kilku milionów ludzi pozbawionych pracy, to reszta bryka i stawia się panom szefom, natomiast w obecnej sytuacji redaktorzy „Wprost” z dumą mogli zaprezentować fotografie ludzi przy warsztatach pracy z radosna informacją, że bez żadnego problemu zgodziliby się oni pracować na tym stanowisku za znacznie niższą stawkę... Cóż, nowy, lepszy świat, Europa, jako się zowie! A poza tym, wiadomo, każdy porządny człowiek dąży do tego, aby zarabiać coraz mniej i w ten sposób pomóc gospodarce swojego kraju. W sumie wychodzi na to, że bezrobocie to żadne tam zło, ale bardzo fajna „dekomunizacja” rozpasanego motłochu. Piękny przykład tego, w jak oryginalny sposób na rzeczywistość spoglądają redaktorzy „Wprost”. Można tyko mieć nadzieję, że ten sposób spojrzenia na płace zagości także w redakcji tego pisma, bo tzw. dobre rady zawsze warto stosować przede wszystkim do siebie.
Komunizm czai się za rogiem
Niestety, nie wszyscy nasi rodacy to ludzie podobnie światli i bezpardonowi w poglądach. Czytelnikowi trudno spać spokojnie, skoro wie, że jego świetlanej przyszłości zagrażają... bolszewicy. Tak, tak, właśnie oni, choć oczywiście w postaci nowoczesnej, z roku pańskiego 2002. Całe szczęście, że bystrooki redaktor Marcin Kowalski, zorientował się, iż taka właśnie jest natura członków Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego. Dowód? „Niektórzy wspominają o komitetach pracowniczych, co bardzo przypomina bolszewickie rady robotnicze i żołnierskie”, a „protestujący mówią mieszaniną języka bolszewików, trockistów, maoistów i eurokomunistów” (swoją drogą, prawdziwa wieża Babel). Zgroza, komitety pracownicze, w Europie, w XXI wieku! Dla aktywisty z trupa Unii Polityki Realnej Rafała A. Ziemkiewicza, który „przytulił” się do „Wprost”, OKP i stojący za nim zdesperowani robotnicy to tylko „Kabaret sierpniowy”, a „robotnicy płacą za ograniczanie wolnego rynku”, które kojarzy się mu ze straszliwą epoką Polski Ludowej, kiedy to „przywiązywano tysiące pańszczyźnianych poddanych do zakładowej stołówki, wczasów, mieszkania i kasy zapomogowej”. Trzeba przyznać, że poczucie humoru ma pan Ziemkiewicz nieziemskie, spauperyzowani do cna ludzie pracy walczący o środki do życia to dla niego „kabaret”, zaś możliwość korzystania ze stołówki to wręcz feudalizm!
Naprawdę dobrze, że istnieje „Wprost”, które stoi na straży gospodarczej poprawności, bo inaczej głupawy lud, mógłby sprowadzić naszą kwitnącą ojczyznę do poziomu Francji czy Szwecji, przed czym wielokrotnie przestrzegali wybitni znawcy ekonomii publikujący w tym tygodniku. Jeden z nich - Jan Winiecki - czołowy ekspert pisma od wszystkiego, przedstawiany w każdym numerze inaczej, a to jako wykładowca akademicki, a to jako fachowiec z Platformy Obywatelskiej, a to jeszcze inaczej - tak o to pisał o tym zagrożeniu: „w tej pierwszej połowa pracujących w sektorze publicznym pasożytuje na drugiej połowie, gdyż jej przywileje finansowane są głównie przez ciężko pracującą i jeszcze ciężej opodatkowaną druga połowę. W tej drugiej dwie trzecie zatrudnionych znajduje się w sektorze publicznym i trzeba będzie kataklizmu, aby przestali oni głosować na socjaldemokratów walczących o utrzymanie państwa opiekuńczego (czytaj pasożytującego).” Nietrudno zauważyć, że dla pana eksperta pracownicy sektora publicznego to banda cwaniaków i można tylko mieć nadzieję, ze ten geniusz nauczył się czytać studiując napisy w dworcowych szaletach, a liczyć na zapałkach, bez udziału żadnego „pasożyta” z oświaty, przed bandytami obroni go jego wdzięczna wymowa, zaś pożar ugasi sam, bez strażaków, za pomocą wody, która aż tryska z jego felietonów. Jak straszliwe skutki mogą spowodować rządy socjaldemokratów świadczą masy francuskich żebraków na ulicach Radomia czy Kielc i promy załadowane szwedzkimi emigrantami marzącymi o pracy na budowie w Hajnówce.
Stara szkoła propagandy
I takie jest właśnie całe „Wprost”, od pierwszej do ostatniej strony. Oczywiście zdarzają się też teksty na tematy politycznie neutralne, jednak samo sedno tygodnika stanowią właśnie wypociny zblazowanych przedstawicieli skrajnej prawicy gospodarczej znających tylko jedną doktrynę ekonomiczną - neoliberalną. A także rozmaite dreszczowce publicystyczne o związkach zawodowych, przedstawianych jako „pierwsze prawdziwe monopole kapitalistycznej gospodarki”, których członkowie wraz z faszystami „terroryzują Europę” i ostrzeżenia przed socjalizmem (który zdaje się czaić wszędzie oprócz jedynie redakcji tygodnika i jest traktowany w ten sposób jak tzw. światowe żydostwo w pismach narodowców), felietony mózgowców tej miary co Krzysztof Skiba, Jan Krzysztof Bielecki (a niegdyś też Lech Wałęsa), radosne nowinki o obniżaniu kosztów dzięki „odchudzeniu personelu”, wyrazy podziwu dla Wielkiego Brata zza Oceanu, kpiny z lewicy itp. atrakcje. Wszystko pisane pod kuratelą sławetnego redaktora Marka Króla, który w strasznych czasach stołówkowej pańszczyzny pełnił rolę ostatniego szefa aparatu propagandy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ze znanym skutkiem dla tej formacji. Cóż, systemy się zmieniają, ale zawsze pozostaje zapotrzebowanie na określony typ dziennikarstwa - prosty do bólu, przyjemny dla wielmożów, a kąśliwy dla ludu, pełny frazesów udających (powiedzmy szczerze - dość niedbale) naukowe wywody. A fachowcy tej miary, co obywatel Król w każdym systemie znajdą robotę - zupełnie tak samo jak prostytutki.

2002-10-01