Menu główne

Grzegorz Ilka

Leroy-Merlin: praworządność po polsku i po francusku

W lecie 2000 roku w supermarkecie w Białołęce pod Warszawą, a nieco później w supermakecie w Piasecznie powstały struktury Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego „Konfederacja Pracy”. Oba supermarkety należą do znanej francuskiej sieci handlowej „Leroy Merlin”, zajmującej się sprzedażą materiałów budowlanych, ogrodowych, wykończeniowych i szeroko pojętych mieszkaniowych.
Powstanie organizacji związkowych było wywołane fatalnymi warunkami pracy w obu supermarketach, w tym zwłaszcza nagminnym nieprzestrzeganiem czasu pracy, zatrudnianiem pracowników na czas określony, a także nieprawdopodobnym wręcz mobbingiem wobec pracowników, co wyrażało się np. zwolnieniami za rzeczywiste lub wymyślone dowolne uchybienia.
Powstanie struktur związkowych niewiele zmieniło. Pracodawca na żadne kierowane do niego pisma nie odpowiadał, natomiast członkowie zarządu związku otrzymali zakaz opuszczania swoich stanowisk w czasie pracy i zakaz używania wewnętrznych telefonów służbowych, co w miarę skutecznie utrudniło związkowcom możliwość komunikowania się z załogą.
Natomiast do absurdalnej sytuacji doszło w supermarkecie w Piasecznie na jesieni 2000 roku. W tym czasie w dziale budowlanym doszło do kradzieży tzw. wkładów kominkowych – na łączną kwotę 15 lub 30 tys. zł. – dokładnie ile nie wiemy, bowiem kierownictwo supermarketu na różnych etapach tej historii podawało różne dane.
W grudniu 2000 roku ochrona supermarketu na placu z materiałami do odbioru przez klientów znalazła ofoliowaną paletę z takim właśnie wkładem kominkowym opakowanym w bloczki gazobetonowe. Wszczęto wewnętrzne śledztwo, w ramach którego od wszystkich pracowników działu pobrano odciski palców. Odciski zebrał tajemniczy człowiek, który przedstawił się jako „technik” – sądząc z zachowania policjant po służbie. Oczywiście nikt nawet nie zapytał się pracowników czy wyrażają zgodę – wszystko odbyło się w ramach mobbingu – w domyśle było „jak się nie zgodzicie, to nie pracujecie”. Potem odbywały się przesłuchania pracowników, pobieranie próbek pisma, itd. W ramach przesłuchań wypytywano również pracowników, czy należą do związków zawodowych. To wewnętrzne śledztwo nic nie wykazało, pomimo przesłuchań, badania próbek pisma i pobrania odcisków palców od pracowników i z ofoliowanej palety zawierającej wspomniany wkład kominkowy. Wtedy przypomniano sobie, ze dwóch pracowników w końcu listopada cięło podobne gazobetonowe bloczki w celu przygotowania tzw. ekspozycji w dziale budowlanym. No i się zaczęło...
8 grudnia 2000 roku do przewodniczącego organizacji międzyzakładowej tych dwóch supermarketów wpłynęło pismo od kierownika działu administracji, w którym informuje, że zamierza rozwiązać umowę o pracę z dwoma pracownikami supermarketu w Piasecznie – tak się dziwnie składało, że obaj należeli do związków zawodowych, a jeden z nich był przewodniczącym organizacji w Piasecznie. W dniu 11 grudnia organizacja międzyzakładowa odpowiedziała, że nie wyraża zgody na zwolnienie tych pracowników. Mimo to 12 grudnia 2000 r. obaj otrzymali rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia na podstawie art. 52 Kodeksu pracy, z zarzutem niszczenia mienia firmy oraz oskarżeniem o próbę kradzieży wkładu kominkowego.
W ten sposób 13 grudnia 2000 roku obaj zjawili się w Zarządzie Krajowym z prośbą o pomoc. Oczywiście nie wierzę w spiskową wersję, że cała afera została sprokurowana tylko po to, aby wyrzucić z pracy działaczy związkowych. Natomiast, jak sądzę, kierownictwo supermarketu musiało się „wykazać” i znaleźć winnych. I to zrobiło, przy okazji „łącząc przyjemne z pożytecznym” czyli pozbywając się działaczy związkowych.
Jeszcze 13 grudnia skontaktowałem się osobą odpowiedzialną w centrali na Polskę Leroy Merlin za sprawy osobowe i próbowałem ustalić, czy wiedzą o wypowiedzeniach w Piasecznie. Wiedzieli. Wtedy zacząłem pytać dalej: czy dyrektor administracyjny miał prawo dokonania zwolnienia? Czy przeprowadzono śledztwo w sprawie kradzieży w supermarkecie i jaka jednostka policji bądź prokuratury je prowadziła? Dlaczego dokonano zdjęcia odcisków palców bez formalnego poinformowania o prowadzonym śledztwie i czy pani dyrektor wie, że może to stanowić naruszenie ustawy o ochronie danych osobowych? W tym momencie rozmowa z panią dyrektor z centrali Leroy Merlin zupełnie przestała być sympatyczna. Pani dyrektor oświadczyła, że dalej na żadne pytanie nie odpowie i mogę się o to pytać radcę prawnego Leroy Merlin.
Ponieważ przez następne kilka dni nie mogłem się skontaktować z radca prawnym i wyjaśnić sprawę (jak się później dowiedziałem radca prawny w tym czasie przebywał w supermarkecie w Piasecznie i nerwowo przepytywał pracowników i personel o przebieg zdarzeń), toteż 18 grudnia 2002 roku obaj zainteresowani złożyli pozwy do sądu pracy w Warszawie o przywrócenie do pracy.
Natomiast moja rozmowa w centrali Leroy Merlin przyniosła wymierny skutek, gdyż jeszcze tego samego dnia kierownictwo supermarketu złożyło w Komendzie Policji w Piasecznie doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, moim zdaniem tylko po to, żeby mieć „podkładkę” pod wcześniejsze zdejmowanie odcisków palców i ewentualne umotywowanie artykułu 52. Policja rozpoczęła działania.
Pierwsza rozprawa przed sądem pracy odbyła się po 9 miesiącach – we wrześniu 2001 roku. Do ugody nie doszło – strony podtrzymały swoje stanowisko: przywrócenie do pracy i odszkodowanie za czas pozostawania bez pracy, radca prawny Leroy Merlin, za granicę kompromisu uznał zamianę artykułu 52 na rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron.
Obie strony złożyły obfite wyjaśnienia, przy czym radca prawny łgał w żywe oczy informując sąd, że sprawą zajęła się Policja. Dopiero po serii pytań udało się z niego wydusić, że Policja umorzyła śledztwo w marcu 2001 roku, co dosyć skutecznie wykluczyło możliwość zwolnienia w trybie punktu 2 paragrafu 2 artykułu 52. Na wniosek radcy prawnego powołano świadków, na mój wniosek, jako pełnomocnika powodów, sąd zarządził dostarczenie akt śledztwa z komendy Policji w Piasecznie. Następnie sąd wyznaczył termin następnej rozprawy na 3 stycznia ...2003 roku!
3 stycznia 2003 roku spotkaliśmy się po raz kolejny, sąd przesłuchał świadków – zresztą do chwili obecnej pracujących w supermarkecie. Zeznania generalnie potwierdziły przebieg wypadków opisany na wstępie, akta policyjnego postępowania wyraźnie wykazały, że nie ma żadnych podstaw do podejrzeń wobec dwóch zwolnionych. Niestety na rozprawę nie zjawił się jeden ze świadków, który prawdopodobnie już nic nowego nie wniesie, bo wszystko zostało już powiedziane. Na wniosek radcy prawnego postanowiono jednak przesłuchać tego świadka.
W tej sytuacji sąd zarządził kolejną rozprawę na 5 grudnia 2003 roku. O ile radca prawny Leroy Merlin nie wpadnie na jakiś nowy pomysł, to wyrok w tej sprawie zostanie wydany po prawie równo 36 miesiącach (3 latach) od momentu zwolnienia obu zainteresowanych. Radca prawny zawsze jeszcze może złożyć odwołanie, co może potrwać następne trzy lata. Nie muszę dodawać, ze obaj działacze związkowi są bez pracy, bo kto przyjmie do pracy osobę zwolnioną z artykułu 52 za niszczenie mienia firmy i podejrzaną o próbę kradzieży...
I to właśnie jest praworządność po polsku. Człowieka można praktycznie bezkarnie wyrzucić z pracy, bowiem w chwili otrzymania wyroku osoba zwalniająca czasem już dawno nie pracuje, więc konsekwencji z tytułu błędnej decyzji personalnej nie poniesie. W wypadku niektórych firm jest tak, że firma już dawno nie istnieje, albo uległa tak daleko idącym przekształceniom, że nie jest stroną w sprawie.
A podobno prawo pracy za bardzo faworyzuje pracownika.
Grzegorz Ilka

2003-02-18