Menu główne

Amerykański socjolog o OPZZ

David Ost w książce "Klęska Solidarności" (wyd. Muza S.A., Warszawa 2007, str. 344-347) o OPZZ "Konfederacja Pracy"

(…) O ile Dział Rozwoju Związku oznaczał zmianę stosunku „Solidarności” do pracy organizacyjnej, o tyle w OPZZ punktem zwrotnym okazało się utworzenie Konfederacji Pracy (KP). Założył ją w 1999 roku Cezary Miżejewski, dawny działacz „Solidarności”, który opuścił ją, niezadowolony z politycznego zwrotu na prawo. Nie podobała mu się ani upolityczniona religijność związku, ani zagorzały prokapitalizm. Rezolucje w rodzaju uchwalonej na niedawnym zjeździe, która stwierdzała, że pracownicy i właściciele niekoniecznie muszą mieć rozbieżne interesy, wywołały w nim przekonanie, że nie może dłużej pozostać w „Solidarności”. Był, inaczej mówiąc, typem socjalisty, tak charakterystycznym dla ruchu związkowego na Zachodzie, a tak nietypowym dla Wschodu. Jako były aktywista „Solidarności” wyznający robotniczą ideologię, i członek Polskiej Partii Socjalistycznej (nie tej, która połączyła się niegdyś z byłą partią komunistyczną, ale odrodzonej w 1987 roku niezależnej PPS, będącej kontynuacją partii przedwojennej), nie przypominał też związkowców z OPZZ. Pociągnęło go jednak w tę stronę, ponieważ OPZZ był przynajmniej formalnie związany z lewicą, Miżejewski mógł wiec liczyć tutaj na więcej zrozumienia niż w „Solidarności”. Działał przez jakiś czas w środowisku służby zdrowia, współorganizując między innymi osiemnastodniową okupację ministerstwa przez pielęgniarki w 1998 roku. Na myśl założenia nowego związku działającego w sektorze prywatnym, wpadł, dowiedziawszy się, że „nawet >Solidarność<” powołała do życia Dział Rozwoju Związku.
Konfederacja Pracy rozwiązała problemy, które utrudniały dotąd pracownikom firm prywatnych przystępowanie do OPZZ, powołała bowiem do życia zupełnie nową strukturę organizacyjną. Uformowała się jako jednolity związek zawodowy o zasięgu krajowym, a nie ograniczony do zakładu pracy, i postawiła sobie za zadanie organizowanie pracowników rozległego, niezagospodarowanego dotąd sektora prywatnego. Do zależenia komórki związkowej w firmie wystarczyły trzy osoby, z których jedna uzyskiwała pełną ochronę prawną. Oznaczało to odejście od praktyk OPZZ, który zawsze skupiał się na ochronie juz należących doń członków, a nie pozyskiwaniu nowych. Nowa struktura oznaczała także wejście w potencjalne konflikty z luźnymi federacjami składającymi się na OPZZ, zwłaszcza gdy często pod wpływem Konfederacji Pracy też zaczęły się interesować działalnością organizatorską Ale podobnie jak w „Solidarności”, także i w OPZZ zaczęły zachodzić zmiany, pojawiła się wreszcie gotowość do podjęcia prób działania w nowym stylu.
W 2000 roku Konfederacja Pracy wychodziła na zewnątrz, pozyskując członków w sektorze prywatnym, miedzy innymi w hipermarketach i bankach, a także czekała na zainteresowanych, gotowa ich przyjąć. O ogólnym upadku unionizmu w poprzednich latach świadczy fakt, że większość pracowników zgłaszających się do KP z prośbą o pomoc czyniła to z powodu obawy przed bliskimi zwolnieniami. Chcieli, żeby Konfederacja zapewniła im ochronę należną działaczom związkowym albo przynajmniej pomogła uzyskać przyzwoite odprawy. Innymi słowy, wciąż pokutuje wyobrażenie o związku jako ostatniej desce ratunku i mechanizmie zapewniającym indywidualną ochronę, a nie instytucji, która może się przyczynić do zapewnienia na stale godziwych stosunków pracy.
Konfederacja Pracy uznała, że działalność organizatorska musi wyglądać inaczej niż w przeszłości i że należy docierać nie tylko do tradycyjnych grup pracowniczych. Jedną z najistotniejszych innowacji było organizowanie samozatrudnionych. Od kilku lat była to najszybciej rosnąca kategoria zatrudnienia w Polsce. W1992 roku funkcjonowało około 1,5 miliona firm jednoosobowych, po pięciu latach było ich już 2 miliony, a po trzech, pod koniec 2000 roku - 2,5 miliona. Jak się jednak wyraziła dziennikarka „Polityki”: „To, co w statystyce wygląda na erupcję przedsiębiorczości, nierzadko jest omijaniem prawa pracy”. Wśród „samozatrudnionych”, zmuszonych do założenia własnych „firm”, byli pracownicy budowlani, kierowcy komunikacji miejskiej, technicy rentgenowscy, kasjerki. czasem nawet nauczyciele szkół podstawowych. Pracodawcy mogli w ten sposób zaoszczędzić na kosztach pracy, uniknąć podpisywania długoterminowych umów, a w przypadku techników rentgenowskich - obejść przepisy BHP, określające limit godzin pracy (szpital miał bowiem do czynienia z „niezależnymi wykonawcami”, którzy mogą ze swoim ciałem i zdrowiem robić, co zechcą - a jeśli odmówią wykonania poleceń dyrekcji, nie zostaną juz więcej „zakontraktowani”). Podobnie jak na Zachodzie, pracodawcy, stosując tę nową politykę outsourcingu, unikali związków zawodowych. Konfederacja Pracy podjęła jednak i to wyzwanie. W 2000 roku zorganizowała grupę „samozatrudnionych” kierowców jednego z miejskich zakładów komunikacyjnych i stalą się skutecznym pośrednikiem w negocjacjach dotyczących siatki plac oraz wzajemnych zobowiązań. Organizowała kupców z bazarów, reprezentując ich w kontaktach z lokalnymi władzami, żeby zapewnić na przykład, że na miejscu ich pracy me powstanie luksusowy supermarket. Występowała nawet w imieniu tzw. laweciarzy, sprowadzających z Zachodu stare lub powypadkowe samochody, które w Polsce remontowano i sprzedawano. Weszła przez to w konflikt z robotnikami przemysłu samochodowego, którzy chcieli powstrzymać konkurencję. (…)

2007-08-02