Menu główne

Dwie transformacje - mówi Grzegorz Ilka

Refleksji nie będzie - z Grzegorzem ILKĄ, szefem biura prasowego OPZZ, przewodniczącym ZK OPZZ Konfederacja Pracy, rozmawia Bojan Stanisławski

- Minęło 20 lat od rozpoczęcia tzw. transformacji ustrojowej. Jak z perspektywy osoby zaangażowanej od kilkudziesięciu lat w ruch pracowniczy oceniasz kondy­cję związków zawodowych dzisiaj?

Bardzo źle. Po pierwsze, czwartego czerwca 1989 głosowaliśmy na coś zupełnie innego. Nikt nie spodziewał się ani szaleńczej prywatyzacji, ani tego nieokiełznanego liberalizmu jakie zatriumfowały w Polsce. Żyliśmy też nadzieją, że przedsiębiorstwa państwowe pójdą w kierunku samorządności pracowniczej, czyli przy pozostawieniu własności publicznej będą bardziej demokratyczne. Po drugie, nie mieliśmy prawa przypuszczać, opierając się na treści dokumentów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, że nagle z kapelusza ktoś wyciągnie takie indywiduum jak Leszek Balcerowicz. Pamiętam dokładnie jakim szokiem społecznym na początku lat dziewięćdziesiątych było sięgające liczby 700 000 osób bezrobocie! Tym bardziej nikomu w głowie nie było, że wskaźnik ten - już wkrótce - urośnie do kilku milionów!
Czy nic wcześniej nie zwiastowało takiego scenariusza?
Nie. Wszystkie dokumenty kierownictwa „Solidarności” sprzed roku 1989 nie wskazywały na taki kierunek działań.
W ciągu tych pierwszych dwóch lat transformacji zwolniono z pracy ponad dwa miliony ludzi...
Tak, to był potężny szok! Nastąpiła też ogromna pauperyzacja społeczeństwa, za co - warto to podkreślić - należy winić ostatni rząd PZPR kierowany przez Mieczysława Rakowskiego. To on doprowadził do uwolnienia cen i pierwszej fali inflacyjnej, zaś Balcerowicz twórczo to później rozwinął.
Czy związki zawodowe coś wtedy zrobiły? Czy próbowały tej sytuacji zapobiec lub zareagowały na nią chociażby post factum?
Zachowały się fatalnie! Z jednej strony mieliśmy totalnie zaszczuty przez wschodzące elity OPZZ. Sukcesem jest, że w ogóle przetrwał nękany komisjami rewindykacyjnymi i groźbami odebrania majątku. Warto dodać, że w podobnej sytuacji znajdowała się cała lewica. Z drugiej zaś strony „Solidarność” zupełnie się skompromitowała. Miejsce komitetów zakładowych PZPR szybko zajęły organizacje zakładowe „Solidarności”, gdzie awans na szefa, do niedawna jeszcze tajnej, organizacji „S” był kolejnym stopniem awansu na dyrektora. Doskonałym na to przykładem jest były minister skarbu Emil Wąsacz. Był on działaczem „Solidarności”, potem szefem „S” Huty Katowice, a zaraz potem - ministrem. Zresztą zostało to doskonale opisane przez Davida Osta - obserwatora zewnętrznego - w jego wyśmienitej książce pt. „Klęska „Solidarności””.
Część dawnych działaczy „Solidarności” również dziś pełni wysokie stanowiska i realizuje politykę antyzwiązkową - np. Michał Boni, który był spiritus movens likwidacji pomostówek.
Tak, Boni był szefem Regionu Mazowsze „Solidarności”. To pokazuje, jak duża grupa działaczy „Solidarności” błyskawicznie, na przełomie lat 1989-92, przesiadła się z działalności związkowej na działalność państwową, oczywiście liberalną. Tragiczny - w związku z tym - był los np. samorządów pracowniczych. Proszę sobie wyobrazić, że najwięksi orędownicy samorządu pracowniczego zostali później najbardziej zagorzałymi liberałami! Na przykład Janusz Lewandowski działacz ruchu samorządowego, radykał! Dziś - liberał, europoseł PO.
Czy to zgubiło „Solidarność”?
W tamtych latach duża grupa działaczy „S” zrobiła gigantyczne kariery. Wynik wyborów w 1993 roku - kiedy do władzy doszedł Sojusz Lewicy Demokratycznej - to prosta odpowiedź społeczeństwa na te wydarzenia.
Jak to się przekłada na kondycję ruchu związkowego?
Naturalnie, wydarzenia te odbiły się bardzo negatywnie na kondycji ruchu związkowego. Mało kto pamięta, że gdy w 1989 roku nastąpiło ponowne zalegalizowanie „S”, ówczesny przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Lech Wałęsa powiedział, że mógłby objechać całą Polskę i od nowa zbudować dziesięciomilionowy związek, ale nie zrobi tego, ponieważ byłby on - jak wyraził się Wałęsa – „automatycznie wrogiem przemian gospodarczych w Polsce”. Wiedział bowiem, że „Solidarność” z początku lat osiemdziesiątych nie zgodziłaby się na taki kształt przemian, które nastąpiły w 1989 roku.
Kolejną konsekwencją wybicia się grupy działaczy związkowych do polityki było wytworzenie przekonania w elitach, że silny ruch pracowniczy jest zagrożeniem dla polityków. Wszystkie formacje polityczne po 1992 roku konsekwentnie pracowały na rozbicie związków zawodowych. No i prawie udało się...
Czyli można powiedzieć, że doszło do konsensusu w elitach w tej sprawie.
Tak. W tej sprawie pomiędzy oficjalną lewicą a prawicą doszło do absolutnego porozumienia. Jedną z ciekawostek, która pokazuje jakie było podejście do ruchu pracowniczego, był fakt, że „Solidarność” w okresie rządów AW”S” nie była w stanie dokonać całkowitego zniszczenia OPZZ - czego bardzo pragnęła - poprzez rewindykację majątku. Partie polityczne funkcjonujące wewnątrz AW”S” nie chciały do tego dopuścić, bo oznaczałoby to automatyczne wzmocnienie pozycji „Solidarności”. Łatwiej im było utrzymywać wrogość między dwoma centralami. Z drugiej strony - po stronie lewicy - ja też nigdy nie dostrzegłem prozwiązkowego działania. OPZZ był potrzebny SLD tylko przed wyborami. Natomiast później żadne obietnice nie były dotrzymywane. Co więcej - w okresie rządów AW”S”-UW, Kodeksu pracy nie tknięto. Krzaklewski to blokował. Natomiast w latach 2001-2005 nastąpiły daleko idące zmiany w Kodeksie pracy. Oczywiście, zmiany zmierzające do zniszczenia pozycji związków zawodowych i pracownika. Zmiany, których prawicowy rząd bał się wcześniej przeprowadzić! Postpezetpeerowska tzw. lewica nie cofnęła się jednak przed takim działaniem.
Czemu to zawdzięczamy?
Nie można dać jasnej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno uwłaszczanie się polityczne działaczy „Solidarności” było zdradą ideałów związkowych, nawet najbardziej ogólnie pojętych. Tym bardziej boli fakt, że ludzie ci mieli za sobą piękne karty z czasów podziemia solidarnościowego. To jest kawałek tej układanki. Ten psychologiczny aspekt - wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że związkowcy to oszuści i karierowicze, na pewno rzutował na kondycję ruchu. Kolejnym krokiem były działania Krzaklewskiego i AW”S”, które doprowadziły do kompletnej polityzacji ruchu związkowego.
Mówiłeś na początku o „zaszczuciu” OPZZ. Potem przerodziło się to w niechęć establishmentu i mediów do całego ruchu związkowego. Czy w tym kontekście aktualną ofensywę antyzwiązkową w mediach możemy postrzegać jako kontynuację tych procesów?
Antyzwiązkowa ofensywa medialna to nic nowego. Pamiętajmy jednak, że nie wszyscy dziennikarze są za to odpowiedzialni. W dziennikarstwie warunki pracy są ciężkie. Znakomita większość dziennikarzy pracuje bez umowy o pracę, płaci się im tylko wierszówki, a w branży nie ma układu zbiorowego. Natomiast jest kilku sławnych, wpływowych dziennikarzy, którzy kształtują opinię publiczną. To są ludzie, którzy zarabiają na poziomie prezesa wielkiej firmy. W związku z tym ich podejście do świata pracy jest zbliżone do podejścia szefów wielkich koncernów.
Dla mnie, przez te 20 lat, największą porażką jest to co robił Sojusz Lewicy Demokratycznej. Teraz oficjalnie dokonał on politycznego zwrotu w lewo, ale jest już za późno. Gdyby wtedy, kiedy mieli pełną władzę, uchwalili kilka zasadniczych ustaw, tworzących zaplecze dla ruchu zawodowego, być może sytuacja lewicy w Polsce wyglądałaby dzisiaj zupełnie inaczej. Prawica przecież o swoim zapleczu finansowym i intelektualnym pomyślała.
Jakie wnioski może wyciągnąć ruch zawodowy z tego dwudziestolecia?
Obawiam się, że niestety żadne nauki nie zostaną wyciągnięte. Ruch związkowy pochłonięty jest bieżącą działalnością. Nie zastanawia się nad swoją sytuacją, nie wygeneruje całościowej analizy, która stanowiłaby konkretną ofertę polityczną. W zachodnich związkach zawodowych istnieją think-tanki, które mają czas, by poza codziennym opiniowaniem projektów ustaw móc usiąść i pomyśleć nad ogólną strategią działania.
Ruch związkowy został maksymalnie zmarginalizowany: również w sensie finansowym. Partie polityczne wywalczyły sobie wielomilionowe dotacje, pomimo że - liczebnie biorąc - w stosunku do ruchu związkowego są sektami. Ten biedny, zaszczuty od początku lat dziewięćdziesiątych OPZZ dotarł do 2009 roku z blisko milionową bazą członkowską, a „Solidarność” ma drugie tyle. Nie jest to wiele ... Perspektywy są marne.

Rozmowa została opublikowana w "Nowym Tygodniku Popularnym" nr 22-23(1264-1265)/2009

2009-06-17